wiara w ludzi

Wpis, który ma sprawić, że uwierzysz w ludzi

Nie jestem przyzwyczajona do krytyki – może dlatego jestem indywidualistką. A może dlatego, że jestem indywidualistką, nie jestem przyzwyczajona do krytyki.  Wszystko planuję sama i nie lubię mówić ludziom o rzeczach, które do końca jeszcze nie zaplanowałam. To dlatego, że to, co planuję, jest zazwyczaj albo nierealistyczne (akurat na ten moment), albo na tyle niezgodne z tym, co dotychczas robiłam, że wywołałoby to tylko niepotrzebne zamierzanie, w którym musiałabym się potem tłumaczyć. Rozumiem, że nie każdy może rozumieć mój tok rozumowania i rozumiem, że kiedy usłyszy się szalony pomysł, ma się wątpliwości, czy to się uda. Ale czy wątpliwości powinny przeważać nad wiarą? Czy wiara w ludzi to towar aż tak deficytowy?

Po której stronie barykady jesteś?

Jeśli masz tak jak ja – chcesz robić w życiu dużo ciekawych rzeczy, a otoczenie mimowolnie czasem Cię stopuje, siedzimy w tym razem. Czytaj dalej, bo liczy się dla mnie Twoje zdanie na temat tego, co przeczytasz. Jeśli jednak zazwyczaj jesteś po drugiej stronie i grasz rolę tego, który krytykuje i ma wątpliwości – być może będziesz w stanie stwierdzić, czy mój tok myślenia jest poprawny.

Krytyka jest cenna nawet wtedy, kiedy nie jest konstruktywna i ma złe intencje

To pierwsza rzecz, o której warto wspomnieć. Myślę, że z każdej krytyki można wyciągnąć coś dobrego, bo każda krytyka pokazuje, jakie ludzie mają wątpliwości. A im lepiej przygotujemy się na to, że te wątpliwości mogą być prawdziwe, tym większe prawdopodobieństwo, że osiągniemy sukces. W teorii może być Ci trudno to zrozumieć, dlatego podam przykład.

Przeczytałam wczoraj krytyczny komentarz pod moim wpisem, który mówił, że „jakieś to naciągane”.

Pierwsza reakcja? „Co Ty możesz wiedzieć?! Podaję Ci fakty, więc jak możesz myśleć, że to naciągane?”. Na szczęście szybko się opamiętałam.

Pierwsza reakcja – podejście #2: „Skoro to co napisałam, wydaje się komuś naciągane, to coś musi w tym być. Może muszę pisać bardziej wiarygodnie i podawać więcej dowodów na to, że opisuję to fakty?”

Bardzo dziękuję za ten komentarz, bo dzięki niemu wiem, co muszę poprawić. Tak można podejść do każdego rodzaju krytyki.

Ale co uderzyło mnie jeszcze bardziej to to, że czytelnik, który napisał ten komentarz, nie wierzył mi, choć nie miał ku temu powodu. I właśnie o tym chciałabym dzisiaj napisać – o zaufaniu, wierze w ludzi i o tym, czy warto wierzyć, że nic nie jest niemożliwe.

Czy nic nie jest niemożliwe?

Rozumiem, że świat, w którym żyjemy, nie sprzyja optymistycznemu spojrzeniu na życie.

Rozumiem, że kiedy chcemy coś osiągnąć, naturalnie pojawiają się wątpliwości.

Rozumiem, że na świecie żyje mnóstwo złych ludzi, którzy tylko czyhają, kiedy im zaufamy, żeby móc nas wykorzystać.

Rozumiem, że wiara w ludzi często wydaje się niebezpieczna.

Rozumiem też, że zawsze trzeba wszystko przepuścić przez wewnętrzny filtr, rozważyć „za” i „przeciw”, żeby zmniejszyć ryzyko podjęcia złej decyzji.

Ale i tak mamy wybór: wierzyć, że się uda i będzie dobrze albo szukać kłód pod nogami, nastawiać się na porażkę i mówić, że się „nie da”.

Czy naprawdę można świadomie wybrać tę drugą opcję? Tego nie potrafię zrozumieć. Mam pewne przypuszczenia – nie chcemy wierzyć, że się uda, bo boimy się rozczarowania. W kalkulacji prawdopodobieństwa wychodzi nam zawsze 90% dla porażki, więc uznajemy, że bezpieczniejszym wyjściem będzie po prostu zostać tam, gdzie jesteśmy.

Jeśli tak rzeczywiście jest, to moim zdaniem bezpieczeństwo nie zawsze jest dobre. Ja całym sercem wierzę, że nic nie jest niemożliwe. Jeśli coś wydaje nam się niemożliwe, to jest to tylko nasza perspektywa. Kiedyś niemożliwe było poruszanie się w inny sposób niż na koniu, wysyłanie ludzi w kosmos i pokonanie grypy. I co? Ci, którzy dokonali tych niemożliwości moim zdaniem mają pełne prawo powiedzieć „A nie mówiłem?”. Żeby tym, co nie wierzyli, zrobiło się głupio.

Boimy się, ale za bardzo

Jeśli tylko raz, bez strachu, zaryzykowalibyśmy zrobienie czegoś, co dałoby nam w rezultacie ogromne szczęście i satysfakcję, przebiłoby to każde, nawet największe rozczarowanie.

Wiesz, jaka jedna mała rzecz daje ogromne szczęście i satysfakcję, a boimy się jej jak ognia?

Zaufanie. Boimy się odrzucenia, rozczarowania i bólu. Więc co – lepiej nie ufać wcale i żyć na pół gwizdka? Nie lepiej byłoby zaufać, a nawet jeśli to zaufanie zawiedzie, po prostu nie brać tego do siebie i się z tym pogodzić? W końcu to nie my zawiedliśmy. Albo porozmawiać, wyjaśnić i ustalić „nowe warunki współpracy”? Nie mówię tu o pierwszej lepszej osobie spotkanej na ulicy. Chodzi mi raczej o wiarę w to, co druga osoba mówi. Zwykłą wiarę w ludzi. Pewnie niektórym to, co piszę, wydaje się cholernie naiwne i tanie, ale tak już mam, że wierzę, że nic nie jest niemożliwe.

W dzisiejszych czasach wiara w ludzi zanika – liczą się tylko fakty

To smuci mnie najbardziej: brak wiary w ludzi. Kiedy coś przeczytamy albo usłyszymy, bardzo trudno nam od razu uznać to za prawdę. Włącza nam się tysiąc czerwonych lampek, które zainstalowały się w naszej głowie przez złe doświadczenia w ciągu całego życia. Pojawiają się wątpliwości. To chyba przez społeczeństwo i czasy, w których żyjemy, staliśmy się niewiarygodnie nieufni. Jeśli nie mamy wystarczających dowodów na słuszność czyichś słów, stwierdzamy, że nie jest to prawda. Czasem takie podejście jest powodowane troską, czasem złymi intencjami, a kiedy indziej jest całkowicie nieświadome. Ale moim zdaniem drugi człowiek powinien stać zawsze ponad wątpliwościami. Według mnie nic nie szkodzi, żeby uwierzyć nawet, jeśli nie mamy dowodów – przynajmniej do czasu, kiedy nie będziemy mogli na pewno stwierdzić, czy ktoś ma rację.

Co Ty sobie myślisz?

Przy rozmyślaniu nad tym tematem zaczęłam się zastanawiać, co Ty sobie myślisz, kiedy czytasz moje wpisy. Czy też brakuje Ci dowodów na to, że to, co piszę, to prawda? Cóż, obawiam się, że może tak być. Że możesz myśleć sobie: „Dziewczyno, z choinki się urwałaś? Przestań mi tu ględzić o szczęściu i zejdź na ziemię! Szczęścia nie ma, chyba że sobie je namalujesz!”. Mam taką cechę, że kiedy o czymś mówię, skupiam się na pozytywnych aspektach, entuzjazmie, szczęściu i innych tego typu rzeczach, w które Ty, jako czytelnik, możesz nie wierzyć. Może tutaj też potrzebne jest więcej dowodów, żebyś lepiej zrozumiał, co chcę Ci przekazać? Daj mi proszę znać w komentarzu, co myślisz.

Czy my jeszcze wierzymy?

Ja wierzę. Wierzę w ludzi, miłość i to, że nic nie jest niemożliwe. I mówię to z ogromną dumą. Wiara to wartość, którą mamy w niedostatku, więc trzeba ją pielęgnować. Poza tym, dzięki wierze życie jest zwyczajnie łatwiejsze i szczęśliwsze. Na to nie potrafię dać Ci dowodu, ale mogę Cię zapewnić, że wiem, co mówię. Ty przekonasz się o tym tylko wtedy, kiedy sam tego doświadczysz.

A Ty – wierzysz?

  • Moim zdaniem w dobie internetu i pewnej anonimowości w nim nie każda krytyka jest godna uwagi. Niektóra to zwykły hejt, który ma na celu wyłącznie obrażenie innych czy wywołanie negatywnych dyskusji. Ja sama mam czasem jakąś taką „życzliwą” osóbkę na blogu i o ile jej krytyka jest konstruktywna to oczywiście wchodzę w merytoryczną dyskusję. W innym przypadku olewam, odgryzam się albo banuję. Szkoda czasu na trole na moim podwórku. Pozdrawiam!

    • Dobra strategia – chyba Ci ja podkradnę 😀 Pozdrawiam również!

  • heh ja wierze w miłość z całego serca. Po co żyjemy jak nie dla miłości?
    Wierzę w takich ludzi jak Ty. Wierzę też, że jesteśmy w stanie zmienić świat, ale musimy zacząć od siebie, nie patrząc na niedowiarków.. podążając za głosem serca.
    To, że ktoś uważa Cię za niewiarygodną może jest powodem, iż sam jest niewiarygodny?!
    Moniko zawsze, ale to zawsze znajdzie się ktoś komu nie spodoba się to co piszesz lub robisz. Tak jesteśmy stworzeni, każdy jest inny, każdy ma inne upodobania. Każdy ma prawo do wyrażania opinii, ale nie zawsze ta opinia wpływa korzystnie na ocenianego. Nie jestem pewna czy w ogóle powinnaś analizować to czy jesteś wiarygodna, na jakiej podstawie ktoś zza ekranu mógłby to stwierdzić? Jestem tutaj pierwszy raz i jeśli, coś dla Ciebie to znaczy to ja czuję, że jesteś prawdziwa. Zwłaszcza ze względu, iż poruszyłaś tą kwestię.

    • Jejku, piękny komentarz, po prostu piękny! <3 Aż nie wiem, co napisać 😀 Dziękuję! Masz całkowitą rację, nie warto się przejmować – ja może nie tyle się przejmuję, ale strasznie dużo myślę, rozważam różne powody dlaczego ktoś zachowuje się tak, a nie inaczej,i czasem mam syndrom Matki Teresy, że chcę wszystkim pomagać i sprowadzać ich na drogę pozytywnego myślenia. Ale na szczęście już coraz rzadziej. Pozdrawiam!

  • Wydaje mi się, że nie ma co się nadmiernie przejmować krytyką. Wiadomo, że zawsze komuś coś się nie spodoba. Wiara w siebie i do przodu!

  • Tomasz Ksobiak

    Krytyka moim skromnym zdaniem, to coś cennego o ile nie jest skrajnie negatywna. Bo jeśli np. chcesz coś zmienić w swoim życiu – w dowolnej dziedzinie, a z każdej strony słyszysz tylko, że „to się nie uda”, „co Ty robisz”, „zwariowałeś /aś”, „weź się lepiej do normalnej pracy”, etc. , to jest bardziej niż pewne, że Twoja motywacja stanie się krucha. Będzie jak tafla szkła – najpierw lśniąca i jednolita, a później naznaczona coraz większa ilością rys. Efekt? 99% ludzi „odpuści”, bo… co powiedzą inni. Boimy się krytyki. Zbyt mocno interesuje nas, co inni powiedzą. Nie zdajemy sobie sprawy z tego, że to, co mówią i myślą o nas i naszych planach / marzeniach / celach inni, nie ma żadnego znaczenia, bo Ci „inni” patrzą na to, co robimy przez pryzmat własnego życia. Przez pryzmat strachu, obawy. Braku odwagi do wyjścia poza „szklaną pułapkę” codziennych schematów. Ja również nie mówię nic nikomu o swoich planach. Ostatnie 4 lata najbardziej skutecznym „taranem” burzącym całą moją kreowaną z tak dużym wysiłkiem rzeczywistość była najbliższa mi osoba. Po rozstaniu 3 miesiące temu, niezmiernie powoli, ale sukcesywnie sprawy zaczynają przybierać znacznie bardziej optymistycznego obrotu! Wpis jak zwykle na 5+ 🙂 Pozdrawiam.

    • Czytam ten komentarz i cały czas kiwam głową, myśląc „nie mogłeś powiedzieć tego lepiej” 🙂 Ja również pozdrawiam!

  • Nie jesteś przyzwyczajona do krytyki, ale dwa miesiące temu napisałaś poradnik radzenia sobie z krytyką?
    No nie… wpis jest o odmowach. Słowo krytyka tam nie pada.
    Mam wszelkie powody by Ci nie wierzyć – TERAZ. Komentarz, który napisałam odnosił się do szafowania informacją o „wynalezieniu leku na udar” mimo, że – jak SAMA NAPISAŁAŚ w tym samym wpisie: badań klinicznych nie było.
    Takich „leków” wynaleziono setki, większość do niczego się nie nadaje, bo ludzie źle na nie reagują. Dodałabyś słowo „nadzieja” i byłoby wszystko prawdziwe.

    Po ki czort wciągasz w to wiarę w ludzi?
    Nie napisałam, że nie wierzę w Ciebie, a wszystkie Twoje cele, marzenia i osiągnięcia są o kant tyłka rozbić. Odniosłam się do jednego wpisu w którym mieszasz pozytywne myślenie z faktami – to zakłamywanie obrazu, nie szczęście.