autobus od środka

Torba Hermiony, trudne dzieci i Atomówki, a to wszystko w autobusie

Szukaj, a znajdziesz? Nie tym razem

W ostatni piątek otarłam się o zawał.

Siedząc w autobusie grzebałam w torebce w poszukiwaniu karty ŚKUP. Dla osób nie ze Śląska – to karta zastępująca tradycyjne papierowe bilety autobusowe, która w moim odczuciu ważnością dorównuje legitymacji studenckiej. Nigdzie nie mogłam jej znaleźć. Kopałam w torbie przez bite dwie minuty i modliłam się, żeby pani siedząca obok mnie wyrozumiale potraktowała moje wiercenie się. Na marginesie, dla dziewczyn – nie polecam torebek bez przegródek, bo kiedy czegoś w nich szukacie, są jak torba Hermiony – dno mają jakieś 2 kilometry pod ziemią. Przeszukałam torebkę trzy razy, a karty ŚKUP nie znalazłam. I już miałam w głowie scenariusz, który w takiej sytuacji otwiera się przed człowiekiem: zastrzeżenie karty, ślepa nadzieja, że ktoś ją znajdzie, a później przy okazji znajdzie też mnie i będzie w stanie mi ją oddać, ewentualnie wyrobienie nowej, co pewnie trwałoby wieki. Daleko temu do optymizmu.

Czemu nie płakałam?

Jedynym powodem, dla którego nie wpadłam w ślepą rozpacz był fakt, że wiecznie coś gubię. Taka moja przypadłość i już się do niej przyzwyczaiłam. Tej zimy zgubiłam chyba 4 pary rękawiczek, a później 2 parasole. Za każdym razem postanawiałam sobie, że będę pilnować jak własnego dziecka tego, co ze sobą noszę. Niestety rękawiczki i parasole są trudnymi dziećmi – uciekają, wszędzie wlezą, a do tego nie wrzeszczą, kiedy mama zniknie z pola widzenia.

Zbawienie…?

W tamtej chwili żegnałam się już z moją kochaną kartą ŚKUP. Bądź co bądź, lubiłam ją, bo pozwalała zaoszczędzić pieniądze, które potem mogłam wydać na jedzenie 😀 Autobus zatrzymał się na przystanku. Wsiadła dziewczyna. Kierowca prawie przytrzasnął ją drzwiami, kiedy w przejściu schyliła się po coś, co jej upadło.

Ktoś chyba zgubił – powiedziała do kierowcy.

Błąd. To nie było coś, co jej upadło. To już wcześniej leżało na podłodze. Zielona lampka nad czołem. To była moja karta ŚKUP!

Mogłaby pani pokazać? – Powiedziałam do dziewczyny.

Mój zmysł domyślania się działa.

To chyba moje… – zwróciłam się do niej z uśmiechem, a ona odpowiedziała tylko: O, no proszę!

Emocje grają pierwsze skrzypce

Kojarzysz to uczucie, kiedy już myślałeś, że coś straciłeś, że coś się nie udało, albo że coś poszło nie po Twojej myśli, a jednak okazuje się, że to nieprawda? Nie wiem, jak wygląda to u Ciebie, ale ja w takich momentach czuję po prostu ogromną wdzięczność. Odruchowo zaczynam dziękować Bogu, że ciągle ratuje mi tyłek. Wtedy też tak było. Ale ta sytuacja różniła się od wszystkich innych. Nie wiem dlaczego, tym razem ta wdzięczność była wyjątkowo silna. Jeśli jesteś ateistą albo nie lubisz czytać o Bogu, to zatkaj uszy i zamknij oczy do końca tego akapitu, a potem i od razu przejdź do następnego. Zaczęłam modlić się za tą dziewczynę, żeby dobrze jej się wiodło, żeby była szczęśliwa i żeby spełniło się wszystko to, co sobie zaplanowała.

Teraz będzie coś mądrego. W sensie, że z książki.

Poczułam wtedy też wielką potrzebę robienia czegoś więcej dla innych. W psychologii nazywa się to regułą wzajemności: kiedy doświadczymy czegoś dobrego od danej osoby, chcemy się jej odwdzięczyć. Działanie tej reguły jest tak silne, że Robert Cialdini – człowiek, który opisuje ją w swojej książce “Wywieranie wpływu na ludzi” – klasyfikuje ją jako jedną z najsilniejszych działających w społeczeństwie, która ma największy wpływ na ludzkie zachowanie.

W moim przypadku ta reguła chyba zmutowała, bo zamiast odczuwać chęć odwdzięczenia się tylko jednej osobie, ja od razu pojechałam po bandzie i chciałam ratować całą ludzkość! Coś będę musiała z tym zrobić – nie wiem jeszcze, co konkretnie, ale mam kilka pomysłów. Niektóre z nich może nawet pojawią się na blogu, więc będziesz mógł ocenić, jak mi idzie ratowanie świata 😀 Pewnie na początku będę w tym temacie inwalidą, ale ponoć trening czyni mistrza, i jako niepoprawna optymistka, będę się tego trzymać rękami i nogami!

O co mi chodzi?

Możesz sobie teraz myśleć: Laska, walnij się w głowę i znajdź sobie lepsze zajęcie niż pisanie o głupotach. Żadnym Supermanem nie jesteś, ani nawet Atomówką. Poza tym, kogo obchodzi, co zgubiłaś, kiedy i co wtedy wyprawiał Twój mózg? Masz prawo tak myśleć. Chcę tylko powiedzieć, że nie piszę tego, żeby się pochwalić, jakie ja to mam szczęście. Chcę się z Tobą podzielić tą całą otoczką myślową, którą można zbudować wokół każdego małego doświadczenia, które Cię spotyka, jeśli tylko będziesz chciał dostrzec w nim coś więcej niż zwykły nic nie znaczący incydent. Jak to mówią, szczęście tkwi w małych rzeczach. Każda mała rzecz może być powodem do refleksji, a każda refleksja przyczynia się do lepszego życia. Mamy farta, że życie chce ciągle uczyć nas czegoś nowego. Czasem tylko jesteśmy zbyt zmęczeni, zbyt samotni i zbyt zajęci żeby być dobrymi uczniami.

A gdyby tak spróbować przez jeden dzień nie być żadnym z tych  “zbyt”?