Mój sposób na zły dzień

Siedzę w “Kartofelniku”. To malutka przytulna knajpka w Katowicach, gdzie płaszcze wiesza się na grabiach, a w menu zamiast ziemniaków są kartofle.

Jem najlepszą od dłuższego czasu surówkę z kiszonej kapusty – jest miękka, ale chrupiąca, a w smaku kwaśna, lekko słodka i lekko słona jednocześnie. Czekam, aż upiecze się mój kartofel z curry z soczewicy.

Na przeciwko mnie siedzą dwie dziewczyny, ale rozmawiają zbyt cicho, żeby podsłuchiwać.

Jest wtorek, 15:30. W zasadzie powinnam być teraz na zajęciach, ale cóż – jednak mnie na nich nie ma. Pracownia dziennikarska nie kartofel – w takie dni jak dzisiaj nie czuje się do niej pociągu.

„Dzisiaj mam zły dzień”

Dzisiaj jest jeden z tych dni, kiedy opuściła mnie energia i nie mam ochoty na nic, a szczególnie na robienie tego, co muszę. Podobno zwie się to “wściekłą chandrą”. Najchętniej przeleżałabym cały dzień w łóżku, nie odzywała się do nikogo i do znudzenia słuchała smętnych piosenek. Eh, jednak centrum Katowic mało przypomina moje łóżko. Nie wiem, kto to wymyślił.

Jak wygląda Twój zły dzień?

Masz też tak czasem? Podejrzewam, że tak, bo chyba jeszcze nikt nie wymyślił sposobu na uniknięcie gorszych dni. Wydaje Ci się wtedy, że prawie nic nie czujesz. Jest Ci wszystko jedno. Modlisz się, żeby nikt nic od Ciebie nie chciał. Inni ludzie nie przeszkadzają Ci tak długo, dopóki któryś delikwent nie wejdzie Ci na odcisk albo nie wypowie jednego ze słów z dzisiejszego wydania Twojego “Słownika Słów Drażliwych”. Wszystko, co zazwyczaj sprawia Ci przyjemność, dziwnie przestaje działać.

Wydaje się, że sytuacja jest beznadziejna. Im bliżej wieczora, tym bardziej przypominasz tykającą bombę zegarową. Tylko czekać, aż wybuchniesz i urządzisz wokół siebie drugą Hiroszimę.

Najdziwniejsze jest to, że zazwyczaj strasznie trudno stwierdzić, skąd się to bierze. Na pierwszy rzut oka często nie masz powodu, żeby się tak czuć. A przecież wiadomo, że jakaś przyczyna musi być!

Mój sposób na zły dzień

Nieważne, jaka jest tego przyczyna – co się stało, to się nie dostanie. W szczególności tyczy się to parszywego humoru. Chyba jak każdy, mam swoją własną receptę na kopnięcie każdego złego dnia w tyłek i chcę się nią z Tobą podzielić.

Nie mogę dać Ci gwarancji, że u Ciebie też zadziała, ale zawsze jest nadzieja – w końcu wszyscy jesteśmy ludźmi i mimo kilku gigantycznych różnic, nasze głowy działają podobnie.

1. Kiedy mam zły dzień, nie myślę.

Tutaj zaznaczam, że może to działać różnie u różnych osób. I bynajmniej nie chodzi o to, że jedni myślą, a drudzy nie. Ta rada odnosi się do rozmyślania nad przyczyną złego humoru.

Na jednych może to działać uspokajająco, a dodatkowo pomóc w rozwiązaniu problemu i odzyskaniu dobrego humoru. Niektórzy po prostu już tak mają, że myślenie wyjątkowo dobrze im robi. Jeśli jesteś taką osobą i lubisz rozmyślać – myśl ile wlezie! Najlepiej, gdybyś jeszcze przedtem zastosował się do zasady nr 2 – wtedy będzie bomba.

Jednak w moim przypadku rozmyślanie nad powodem złego samopoczucia, kiedy wciąż czuję się źle, tylko pogarsza sprawę. Jeśli masz tak samo, mogę Cię zapewnić, że na rozmyślanie przyjdzie jeszcze czas, kiedy będziesz w stanie logicznie myśleć. A żeby do tego doprowadzić, najpierw daj sobie chwilę, żeby całkowicie odciąć się od tego, co wywołuje w Tobie jakąkolwiek presję czy negatywne odczucia.

2. Kiedy mam zły dzień, odrywam się od tego, co mnie przytłacza, martwi albo niepokoi.

Odmóżdżenie to najlepsze lekarstwo na przytłoczenie. Nawet się zrymowało – znaczy, że coś w tym jest. Kiedy masz zły dzień, zrób sobie Dzień Dziecka od wszystkich przykrych obowiązków, oczywiście na ile to możliwe.

Dzisiaj sama tak zrobiłam, nie idąc na ostatnie zajęcia. Nie zrozum mnie źle – nie namawiam Cię, żebyś olewał szkołę – broń Boże! Akurat za to należy mi się ostra reprymenda!

Chodzi tylko o to, że złe samopoczucie często nie pozwala robić dobrze różnych rzeczy. Dlatego lepiej niektóre z nich sobie odpuścić i dzięki temu szybciej wrócić do siebie, niż męczyć się i tracić czas na coś, co i tak prawdopodobnie zrobisz “na odwal”.

3. Kiedy mam zły dzień, robię sobie przyjemność.

Dzisiaj był to akurat obiad w „Kartofelniku”. Drobna przyjemność zawsze poprawia humor.

To tak samo, jakbyś próbował uspokoić płaczące dziecko. Żeby przestało się drzeć, dajesz mu coś, co lubi, na przykład machasz mu przed nosem ulubioną maskotką. Wtedy masz większe szanse, że się uspokoi.

O siebie trzeba dbać równie mocno jak właśnie o takie małe dziecko, szczególnie, kiedy dopadnie Cię zły nastrój.

4. Kiedy mam zły dzień, daję sobie odpocząć.

Po prostu bezkarnie nic nie robię, i to tak długo, aż nie poczuję, że naładowałam baterie.

Wiem, że nie zawsze się tak da. Jeśli są opory, po prostu wrzucam na luz i daję sobie “fory” we wszystkim.

To pomaga nabrać dystansu, spuścić powietrze, pozbyć się napięcia i odzyskać radość.

5. Kiedy mam zły dzień, wyrzucam z siebie wszystkie negatywne emocje.

Mam w tym temacie jeden niezawodny sposób, który swoją drogą polecam wszystkim, którzy lubią pisać: po prostu przelewam negatywne emocje na papier, a przy tym staram się pisać o nich jak najbardziej pozytywnie. W taki sposób powstała prawie połowa artykułów na tym blogu, m.in. wpis o radzeniu sobie z odmową, o typach trudnych ludzi i najchętniej czytany i komentowany post o byciu dobrym blogerem. Nawet wpis, który właśnie czytasz, piszę po to, żeby pozbyć się uczucia beznadziei i braku energii. Już czuję, że zaczynam nabierać nowych sił, a do końca pewnie będę już jak młody Bóg.

Tak ja odreagowuję, ale można to robić na milion innych sposobów, na przykład poprzez:

  • bieganie z psem lub za psem
  • wycie pod prysznicem
  • walkę z poduszką w zawodach Łożkowego Wrestlingu o Złoty Kapeć
  • pobijanie rekordu Hardkorowego Koksa w wyciskaniu wszystkiego, co da się wycisnąć (sok też się liczy)
  • rozwiązanie sudoku na czas (emocje gwarantowane!)

Zły dzień i wściekła chandra pokonane – co dalej?

Kiedy już zrealizuję wszystkie powyższe punkty, powrót dobrego humoru mam gwarantowany.

Jeśli czułam się źle bez konkretnego powodu, po prostu zapominam o całej sprawie i znowu popadam w obsesję robienia 16489 rzeczy jednocześnie.

Jeśli jednak złe samopoczucie było u mnie spowodowane czymś konkretnym, dzięki temu, że odzyskałam pozytywne nastawienie, mogę się zastanowić, dlaczego zareagowałam w taki a nie inny sposób, co było nie tak, jak mogę to naprawić i jak zapobiec temu w przyszłości.

Kartofel zjedzony. Surówka schrupana. W międzyczasie zdążyłam zmienić miejscówkę na ławeczkę pod drzewkiem obok krzaczka. Negatywne emocje wyrzucone. Mogę dalej iść podbijać świat. Chodź ze mną!

Czekam na znak, że jesteś gotowy,

  • Danuta Brzezińska

    Ja nie pamiętam złych dni, kiedy nawet coś nie wychodzi to przecież nie oznacza złego dnia.

  • Małgorzata Matla-Bulejak

    Mój zły dzień zawsze kończy się jedzeniem w łóżku, ale zanim uda mi się w nim wylądować przeżywam koszmar, żeby nie ulżyć sobie i nie wyładować się na innych – a to czasami silniejsze od nas…

    • Twardym trzeba być, nie mięstkim! GO-SIA, GO-SIA! 😀

  • Świetna knajpa! Jak będziemy w Katowicach to koniecznie musimy przetestować. A co do złego dnia, to u nas najlepiej sprawdza się spacer na łonie natury, wyjście na łąkę, do parku, nad rzekę.

    • To nawet można połączyć – spacer „na łonie natury” po Katowicach i obiad w Kartofelniku 🙂 Brzmi jak popołudnie idealne!

  • Ja niestety zły humor muszę chować do kieszeni! Przy dwójce dzieciaków nie ma czasu na rozmyślanie tylko działanie 🙂 Dlatego dzięki nim świat staje się piękniejszy bo nie zaśmiecam go ponurymi myślami.

    • Może to właśnie jest Twój sposób? 😀 Dzieciaczki to bardzo dobry „rozpraszacz” od złego humoru. Chyba działają podobnie jak oderwanie się trochę od rzeczywistości 🙂

  • Każdy sposób jest dobry jeśli działa ! Chyba najważniejsze to znaleźć swój własny !

  • Maciek

    Moim sposobem jest właśnie niemyślenie :). Liberalne podejście do świata mocno mi w nim pomaga. Bardzo treściwy i dopracowany tekst.
    Zapraszam również do siebie.
    https://blogmaciek.wordpress.com

    • Czyli mamy taki sam sposób! A Twój blog bardzo mi się podoba, byłam, zobaczyłam, skomentowałam 🙂

  • Zdecydowanie zaliczam się do osób, które intensywnie rozmyślają nad swoim problemem. W początkowej fazie może to być nieco przytłaczające, ale z czasem czuję, jak przejmuję kontrolę nad dręczącą mnie sprawą i problem wkrótce mija 🙂 Na szczęście takie „gorsze” dni pojawiają się u mnie rzadko w ostatnim okresie. Może z tego powodu, że już dawno mam za sobą sesję, a przede mną perspektywa świeżo rozpoczętego semestru i świadomość „nowego startu” 🙂 Pozdrawiam!

    • To fakt, to poczucie, że sesja już za nami daje dużo dodatkowej energii 😀 Pozdrawiam i życzę dobrego „nowego startu”!

  • Beata Szymańska

    A ja kiedy mam zły dzień, włączam sobie na odtwarzaczu „piosenki na dobicie”, jak je nazywam, czyli utwory, które są według mnie ciężkie i trochę przytłaczające, a jednak znajduję w nich ukojenie. Polecam „From can to can’t” oraz „Black Hole Sun”.

    • Też tak robię! Piosenki na dobicie rządzą! Ja z kolei słucham Jamesa Morrisona i Eda Sheerana 😀