czy warto wierzyć w karmę

Czy warto wierzyć w karmę? Pokażę Ci, jak to działa

Nie od wczoraj mówi się, że wszystko, co robimy, kiedyś do nas wróci. Jeśli komuś pomożemy, sami otrzymamy pomoc w potrzebie, a jeśli dla jednej osoby będziemy wredni, w efekcie inna będzie wredna dla nas. Podobno w przyrodzie musi być równowaga, ale opinie co do karmy są podzielone. Czy warto wierzyć w karmę? Właściwie nie wiadomo. Ale dzisiaj opowiem Ci coś, co być może da Ci do myślenia.

Jak to się stało, że zaczęłam o tym myśleć

Ostatnio zauważyłam, że sprawia mi przyjemność robieniem ludziom miłych niespodzianek. Największą frajdę mam wtedy, kiedy pozytywnie zaskakuję kompletnie nieznane mi osoby. Wszystko zaczęło się od wyzwania, żeby wręczyć trzem nieznajomym trzy czekoladki. Pełną wersję tej, jak się później okazało, dość hardcorowej historii, możesz znaleźć we wpisie o mojej przygodzie w aptece. Ale to był dopiero początek.

Będę Matką Teresą

Od tamtego czasu postanowiłam sobie, że moją domeną będzie uprzyjemnianie życia innym ludziom. Od zawsze bardzo nie podobało mi się to, że ludzie na ulicy prawie nigdy się nie uśmiechają, a podczas rozmów w autobusach niektórzy potrafią tylko narzekać. Chyba każdy by chciał, żeby wokół niego było więcej radości i pozytywnego spojrzenia na życie. Do niedawna miałam tylko jeden opór: dlaczego ja mam być dobra, skoro inni mają to gdzieś i nie starają się nawet tego docenić? I tutaj właśnie zaczyna się zabawa z tym, że wszystko, co robimy do nas wraca, przynajmniej w mojej interpretacji. I to razy trzy.

Na początku był ziemniak

W zeszłym tygodniu byłam na obiedzie w Kartofelniku, gdzie zresztą napisałam nawet kiedyś post o moim sposobie na zły dzień. Mają tam karty bonusowe: 10 pieczątek to 1 duża porcja kartofli za darmo. I tym razem ją dostałam. Nie zdołałam zjeść całej, więc poprosiłam, żeby pani zapakowała mi ją na wynos. I wtedy przyszedł dylemat: zjeść tego kartofla samej na kolację czy się nim podzielić? Odezwało się skąpstwo. Ale nie – stwierdziłam, że nie tym razem. Najpierw chciałam odstąpić go siostrze, ale zmieniłam zdanie – ostatecznie zrobiłam niespodziankę przyjaciółce, która tak, jak ja, lubi zdrowe jedzonko. Smakowało jej, a ja cieszyłam się, że wygrałam z samolubstwem.

Ziemniakowa karma wraca

Teraz będzie najlepsze. Następnego dnia wybrałam się na prelekcję biznesową. Przy wejściu dostałam w prezencie magazyn dla przedsiębiorców, w którym znalazłam mnóstwo interesujących mnie artykułów, informator o Europejskim Kongresie Małych i Średnich Przedsiębiorstw i puszkę Coca Coli. Wszystko to było warte jakieś 20 zł. Od razu przyszedł mi na myśl ten kartofel. A on był wart tylko 6 zł. Czyżby rzeczywiście do mnie wrócił, tylko że w innej postaci i z potrójną siłą…?

Później była Coca Cola

Następny przykład. Dostałam puszkę Coca Coli, ale jej nie piję, więc chciałam z kimś się nią podzielić. Wpadłam na kosmiczny pomysł. Wręczyłam ją starszej pani pilnującej publicznych toalet (chociaż nie byłam pewna, czy to było dobre posunięcie, bo miała lekką nadwagę). Widać było, że się ucieszyła. Ale ja i tak ucieszyłam się bardziej.

W zamian za Colę – srebrny bryloczek

Następnego dnia całkiem przypadkowo (chyba) między straganami na jarmarku świątecznym w Katowicach znalazłam śliczne srebrne serduszko na łańcuszku. Wyglądało jak breloczek do kluczy. Nie wiem, ile było warte, ale na pewno więcej niż puszka Coca Coli. Wyglądało tak, jakby ktoś dopiero co je kupił i od razu zgubił, zanim jeszcze zdążył użyć. Dałam je w prezencie mojej siostrze, która od razu zaczęła kombinować, jak można by to przyczepić do kluczy.

Takich „przypadków” miałam ostatnio całe mnóstwo, i to w niepokojącym natężeniu. Może to dlatego, że zrobiłam dla innych więcej niż zazwyczaj, a może dlatego, że zaczęłam zwracać większą uwagę na dobre rzeczy, które mnie spotykają.

Czy warto wierzyć w karmę?

Kiedy sama czytam ten wpis, zdaję sobie sprawę, że może to brzmieć głupio i niedorzecznie. Ale kurczę, z drugiej strony, jeśli rzeczywiście jest tak, jak mi się wydaje, to wierzenie w karmę najzwyczajniej się opłaca. Nie chodzi mi o to, żeby przeliczać wszystko na pieniądze – „ja dam Ci coś za 2 złote, a jutro spadnie mi z nieba coś za piątaka”. To nie tak działa. Próbuję Ci tylko pokazać, że to, co komuś dajemy, może rzeczywiście wrócić do nas ze zwielokrotnioną siłą.

Jedni nazywają to karmą, inni przeznaczeniem, jeszcze inni po prostu przypadkiem.

Nieważne, jak chcesz to nazywać. Ważne, że coś w tym jest. Cała sztuka polega na tym, żeby zacząć to zauważać. Bo jestem pewna, że masz mnóstwo okazji, żeby docenić, ile dobra Cię spotyka.

 

Jeśli kiedyś się spotkamy, koniecznie daj mi znać, że przeczytałeś ten wpis. Wtedy na żywo pokażę Ci, jak to dokładnie działa.

A póki co – otwórz oczka 🙂

  • Tomasz Ksobiak

    Kolejny „lekki” wpis, który jednak daje trochę do myślenia:) Czy to będzie karma, czy przeznaczenie, czy „modne” w ostatnich latach prawo przyciągania (które skądinąd nie jest całkowicie nielogiczne i bezzasadne) lub też energia myśli (a to już na poważnie jest tematem badań fizyki kwantowej) – nie ma znaczenia. Jedno nie ulega wątpliwości. Wszystko, dosłownie wszystko, co w życiu robimy wraca do nas w pewnej (krótszej lub dłuższej) perspektywie czasu. Widać to w każdym aspekcie życia: od związków, przez przyjaźnie a na np. prowadzeniu własnego biznesu kończąc. Osobiście jednak uważam, że takie efekty uzyskuje się dzięki byciu i życiu „tu” i „teraz”. Dzięki umiejętności wprowadzania się w stan up – time lub też permanentnego w nim przebywania. Właśnie to pozwala nam nie tylko prawdziwie świadomie żyć, ale zauważać czasem najdrobniejsze i nawet jeszcze nie wyrażone werbalnie potrzeby innych oraz – nadarzające się nam okazje, nawet te najmniejsze, z których we właściwy sposób potrafimy korzystać.