chata książka

Wejdź do „Chaty” i poznaj Tatę

To nie będzie zwykła recenzja. Ani zwykły post. To będzie coś wyjątkowo ważnego. To dlatego, że ostatnie dwa dni w żadnym razie nie były zwykłe, chociaż z perspektywy obserwatora mogły się takie wydawać. Wszystko to spowodowała „Chata” – książka, która wpływa na ludzi. Piszę ten wpis z uczuciem napięcia w środku, bo tak naprawdę sama nie wiem, co o tym wszystkim myśleć. W sumie chyba mam wyprany mózg. Ale jest dobrze wyprany, bo wydaje mi się, że wreszcie stał trochę bielszy niż dotąd. Pewnie nic nie rozumiesz, więc do rzeczy.

Co się stało?

Wszystko zaczęło się w czwartkowe popołudnie. Wracałam z uczelni i przechodząc obok księgarni, zauważyłam na wystawie książkę „Chata”. Na ten widok się we mnie zagotowało. Ale żebyś zrozumiał, co było tego powodem, musimy się cofnąć jeszcze trochę wstecz.

Co się działo wcześniej?

Od kilku dni przeżywałam życiową stagnację. To był jeden z tych stanów, które zawsze następują u mnie po trwającej jakiś czas fazie niewyczerpanej energii, niesamowitych pomysłów i żałowania, że mózg nie jest w stanie pracować szybciej, a ja nie umiem krócej spać. Teraz przyszedł czas na chwilowy zastój, który zazwyczaj prowadził do nowego wybuchu entuzjazmu.

O co chodziło?

Tym razem doszłam do wniosku, że tak naprawdę nie mam pojęcia, co chcę robić w życiu. Co więcej, mogę nigdy nie znaleźć czegoś, co będzie mi dawało taką satysfakcję, jakiej oczekuję. Przeraziło mnie to. Zawsze marzyłam, że kiedyś nie będę musiała pracować i będę zarabiać na swojej pasji – czymś, co sprawia mi frajdę i jest dla mnie ważne. Musiałam tylko wziąć pod uwagę jeden mały szczególik: trzeba było się dowiedzieć, co to jest. A to nie jest takie łatwe.

Mam taką przypadłość, że szybko się nudzę. Nie lubię rutyny, bo mnie męczy. Lubię planować i zaczynać, ale kończenie doprowadza mnie do szału, bo zawsze wiąże się z robieniem jednej rzeczy przez dłuższy czas. I miałabym niby przez całe życie robić jedną rzecz, nawet gdyby była moją największą pasją? Nie potrafię sobie tego wyobrazić.

W związku z tym w mojej głowie pojawia się codziennie cała masa pytań. Odpowiedzi na nie szukam w książkach i rozmowach z innymi ludźmi. W trwającym do przedwczoraj okresie stagnacji chyba znalazłam jedną z odpowiedzi. Rzeczą, która nigdy nie ma prawa mi się znudzić, jest miłość i wlewanie dobra w życie innych ludzi. Brzmi strasznie po Jezusowemu, ale tak jest, i nic na to nie poradzę.

Co ma do tego „Chata”?

Tutaj dochodzimy do wspomnianego wcześniej czwartkowego popołudnia. Ta książka na wystawie była jak objawienie.

Pamiętałam, że kiedyś już o niej słyszałam. Mówił mi o niej najpierw ksiądz, a później koleżanka. Oboje twierdzili, że to świetna książka i jest zdecydowania godna polecenia. Okej. Przyjęłam do wiadomości. Jednym uchem wpadło, a drugim wypadło.

Ale w ten czwartek wpadło znowu, i rąbnęło jak rozpędzony do prędkości wyścigówki bumerang rzucony przez szurniętego Aborygena. Obraz „Chaty” i jej tytuł wydrukowany wielkimi białymi literami na okładce mignęły w moich oczach przez ułamek sekundy, a wyryły się w pamięci tak mocno, jakbym patrzyła na nie cały dzień. Stwierdziłam, że to jakiś znak. Może to głupie, ale czasem tak mam, że wierzę, że niektóre rzeczy nie dzieją się przypadkowo. To była właśnie taka rzecz.

W tej samej sekundzie, w której skojarzyłam, że to książka, o której już wcześniej słyszałam, postanowiłam, że muszę ją przeczytać. Choćby nie wiem co. Jak najszybciej. Tym bardziej, że miałam mgliste pojęcie na temat tego, o czym ona jest.

Przeżycie

Tego samego dnia, kiedy wróciłam do domu, szybko się wykąpałam i znalazłam w Internecie ebooka. Całe szczęście, że był. Usiadłam na łóżku (mimo że nie powinno się tego robić, jeśli chce się wcześnie wstać następnego dnia) i zaczęłam czytać.

Nigdy w życiu nie wciągnęłam się tak w żadną książkę. Ona mnie po prostu pochłonęła. Czytałam, jakby poza nią nic innego nie istniało. Nie wiedziałam, że potrafię tak szybko czytać i jednocześnie tak dużo rozumieć. Chciałam przeczytać ją za jednym zamachem, ale opadające powieki mi nie pozwoliły. Dlatego rozłożyłam czytanie na dwa dni i dokończyłam wczoraj, czytając w każdej wolnej chwili.

Jaka jest „Chata”?

Co tak bardzo urzekło mnie w „Chacie”? Kurczę… Wszystko! Konkrety bez lania wody. Życiowość. Nieprzewidywalność. Oryginalność. Niespodziewane zwroty akcji. Ponadczasowość. Uniwersalność. I wreszcie trafiające prosto w serce przesłanie. Jednym słowem geniusz. Żadna książka nie wpłynęła na mnie tak mocno. Otwiera oczy. Rzecz przerażająco mocna w swojej prostocie. Dzięki niej chyba znalazłam mój życiowy cel.

„Chata” – o czym jest?

„Chata” to opowieść o człowieku, Bogu i miłości. I nawet jeśli nie wierzysz w Boga, nie szkodzi – moim zdaniem koniecznie powinieneś ją przeczytać. Najpierw wciągnie Cię poruszająca historia z życia wzięta, a później autor skieruje Twoją uwagę na rzeczy, których nie będziesz umiał pojąć. Ale nie będzie Ci to przeszkadzać, bo tak bardzo będziesz chciał się dowiedzieć, co będzie dalej, że nie będziesz w stanie odłożyć książki na bok. A po przeczytaniu będziesz czuł się tak, jakby ktoś wsadził Ci na nos dziwne okulary, przez które wszystko będziesz widział inaczej. Lepiej.

Jak tak miałam. Wiem, że Ty będziesz czuł się podobnie, choć inaczej.  I wiem, że niebyt dużo napisałam o samej książce i o tym, o czym ona jest. Zrobiłam to celowo, bo nie chcę psuć Ci niespodzianki.

Akapit dla Ciebie

Na koniec mam do Ciebie jedną prośbę. Być może się nie znamy, ale mam nadzieję, że podczas czytania tego wpisu coś trafiło do Ciebie na tyle, że będziesz w stanie mi zaufać. Obiecaj mi, że kiedyś przeczytasz tę książkę. Nie musi to być dziś, chociaż byłoby cudownie. Ale pewnie masz wiele innych ważnych spraw. Rozumiem. Po prostu kiedyś ją przeczytaj. Najlepiej już dzisiaj ściągnij ebooka i niech czeka na dobry moment.

Jedyne, czego się boję, to że możesz przejść obojętnie obok czegoś tak cennego, kiedy masz to w zasięgu ręki i z tego nie skorzystać. To byłaby wielka strata.

 

Napisałam ten post, bo coś mi podpowiedziało, że koniecznie muszę to zrobić. Czuję, że dobrze spełniłam obowiązek. Teraz już jestem spokojna, bo na pewno gruba Murzynka o imieniu Tata, bohaterka „Chaty”, będzie czuwać nad dalszym rozwojem spraw.

Do dzieła!

  • Katarzyna Wojtyńska-Stahl

    Moniu, wciągnęłaś mnie pozytywnie w ten post i podstępem zachęciłaś do przeczytania książki. Zrobię to w przyszłym tygodniu. Serdeczności ślę 🙂

    • Niezmiernie się cieszę! Koniecznie daj znać, jak Ci się podobała 😀 Buziaki!

  • www.kasiaekiert.pl

    mam moment może nie stagnacji, ale poszukiwania sensu, celu i w ogole… może powinnam po nie sięgnąć…

    • Polecam, po przeczytaniu nie będziesz żałować 🙂 Na przeczytanie wystarczy Ci dosłownie jeden wieczór.